Respect Ryspek 12/10/2010
Zdawało mi się, że śmierdzi od niego wódką. Mówił niewyraźnie, nieskładnie tłumacząc, że nie spał całą noc. Było jeszcze ciemno, kiedy wsiadaliśmy do jego 20-letniego Audi 100. Przyjechał z kolegą, a miał być sam. Trochę to wszystko było podejrzane, ale innego transportu nie mieliśmy, a czas naglił. Czekała nas ciężka przeprawa. Papierkowa. Tak się nam przynajmniej wydawało. Najpierw dwa posterunki po kirgiskiej stronie granicy, a potem Chińczycy. Zbliżaliśmy się do przejścia granicznego na Przełęczy Torugart, tego które sklasyfikowane jest przez ChRL, jako posterunek drugiej kategorii i w związku z tym nie jest ono dostępne na zwykłych zasadach dla obywateli krajów trzecich. Kwatery prywatne 11/10/2010
Czasem był tylko wychodek. Albo prysznic gdzieś w ogrodzie, specjalnie dobudowany dla gości. Była też umywalka na ganku i przenikliwe zimno pomimo kołder, pod którymi spaliśmy. Zdarzyła się też łazienka z dywanikami na podłodze, różowymi ręcznikami i miękkim papierem toaletowym. Czasem było biednie, a czasem imitacja zachodniego stylu aż kłuła w oczy. Wszędzie jednak panowała ta sama zasada: przyjąć gości herbatą i dżemem. Wchodzisz do czyjegoś domu i musisz się podporządkować. Zaobserwować, jakie panują zasady. Od tych podstawowych, jak ściąganie butów przed wejściem do budynku, bo wejść w nich pod żadnym pozorem nie wolno. Aż do tych większej wagi, jak choćby, żeby jeść to co oni, nie wybrzydzać i nie kręcić nosem. Ala-Too 10/10/2010
Zdawało się, że jest doszczętnie zniszczony i opuszczony, w kształcie litery L, której krótsza część skierowana była w stronę głównej ulicy, tej po której szliśmy. Zardzewiały napis na dachu, powybijane szyby, odpadający tynk. Nowe, białe, plastikowe drzwi do budynku głównego i chroniący wejście niebieski daszek rzucały się w oczy od razu po przekroczeniu bramy. Kontrastowały ze wszystkimi pozostałymi elementami. Odrapanymi, pozbawionymi farby framugami okien, balkonami obitymi wysłużoną już blachą, zarośniętymi terenami okalającymi obiekt. Nie, nie byliśmy w spalonym w czasie zamieszek Oszu, tylko w hotelu Ala-Too w Narynie. To jeden z dwóch hoteli, w jakich spaliśmy podczas całego pobytu w Kirgistanie. Opieraliśmy się raczej na hostelach (tych jednak poza Biszkekiem i Oszem praktycznie nie ma). Wszędzie indziej spaliśmy w prywatnych domach. Działająca w Kirgistanie organizacja Community Based Tourism (CBT) poza organizowaniem wycieczek, zrzesza również miejscową ludność, która wynajmuje prywatne kwatery. Ich standard różni się w zależności od ceny. Nigdy jednak nie zdarzyło się nam, by dom, w którym spaliśmy, był zaniedbany. Bywało biednie, ale nigdy brudno. Zawsze przyjmowano nas z wielką gościnnością. Fergański tygiel 08/10/2010
Wyłonił się zza moich pleców. Bezszelestnie. Nagle i niespodziewanie. Stanął obok naszego stolika twarzą w twarz z Kubą i bez mrugnięcia okiem, bez żadnego zawahania strzelił. Potem ruszył przed siebie i głośnym – Pif, paf – oddał strzał do siedzącej przy stoliku obok kobiety. Dostała w głowę, a towarzyszący jej mężczyzna miał szczęście. Jego ranił tylko w obojczyk. Knajpa, w której siedzieliśmy, była jedną z nielicznych na długiej ulicy Lenina, która nie została spalona w trakcie tegorocznych zamieszek. Przy sąsiadujących ulicach zdewastowane kioski, sklepy, budki, niektóre przystanki autobusowe i domy. Zgliszcza, popalone metalowe pręty, resztki z plastikowych okien. Jednak ścisłe centrum Oszu nie ucierpiało bardzo. Uchowało się ono nie dlatego, że jest zabytkowe, czy ważne, ale dlatego że jest wspólne. Nie przynależy ani do Uzbeka ani do Kirgiza. Festiwal jazzowy w Biszkeku 02/10/2010
Ubrany był w tradycyjny strój (czapan). Na głowie miał kołpak, czyli biało-czarną kirgiską czapkę wykonaną z filcu. Nie powiedział nic. W milczeniu usiadł na przygotowanym specjalnie dla niego krześle. Zamknął oczy i czekał. Za jego plecami krzątali się muzycy. Nie byli gotowi, by zacząć. On tymczasem trwał w swoim zamyśleniu, a kiedy w końcu zaczął, na sali zapanowała zupełna cisza. Co najmniej jakby to, co mówił, było święte. Manas to kirgiski epos zawierający 500 tysięcy rymowanych strof. Ci, którzy znają go na pamięć, recytują przez 4 godziny. Siedzący na scenie Doolotbek Sydykov mówił nieprzerwanie przez kilkanaście minut. Takich jak on, czyli tych którzy recytują epos, nazywa się Manasczy (Манасчы). Przedwyborczy Kirgistan 01/10/2010
Obecnie w Kirgistanie panuje przedwyborczy chaos. Już w niedzielę 10 października 29 partii politycznych stoczy walkę o 120 miejsc do Rady Najwyższej (Jogorku Kenesh) kirgiskiego parlamentu. Najpierw w marcu obalono prezydenta Kurmanbeka Bakijewa, który ostatecznie znalazł schronienie się na Białorusi. Fala zamieszek zdestabilizowała kraj. 27 czerwca 2010 zdołano przeprowadzić referendum, w którym obywatele przyjęli zmiany w zapisie konstytucji Kirgistanu. Zmieniono przede wszystkim system prezydencki na parlamentarny, sprawiając iż Kirgistan będzie jedynym krajem w Azji Środkowej z taką formą sprawowania władzy. W referendum obywatele zatwierdzili, iż Róża Otunbajewa będzie zajmować stanowisko prezydenta republiki do końca 2011 roku. Co ważne, na mocy nowego prawa nie może ona ubiegać się o reelekcję. Kadencja kolejnego prezydenta trwać będzie 6 lat bez możliwości zajmowania tego stanowiska ponownie. Dodatkowo zwiększono liczbę posłów. W Radzie Najwyższej zasiądzie 120, a nie tak jak dotychczas 90 osób. Emerytura 27/09/2010
![]() Na stare lata powinno być wygodnie. Najlepiej ciepło i bezpiecznie. Tyle się trzeba przecież napracować w ciągu życia, tyle namęczyć, że kiedy przychodzi schyłek, odrobina spokoju należy się każdemu. Może nie od razu jakieś nadzwyczajne luksusy i wygody. Żeby tak ktoś zadbał, zapytał o samopoczucie, uraczył dobrym słowem. Najgorsze jest bowiem opuszczenie, samotność i zapomnienie. A można do samego końca być jeszcze przydatnym. Pani jurty 26/09/2010
![]() Kiedy tylko kończyła wyrabiać ciasto, olej zaczynał skwierczeć, jakby już przeczuwał, że teraz będzie jego kolej. Wlewała go dużo, tak żeby potem całe kawałki dobrze się zamoczyły. Miała długi drewniany wałek. Nie, nie taki jak nasze. Cienki i dwa, może nawet trzy razy dłuższy. Dzięki temu wałkowała wszystko jednocześnie zajmując połowę stołu. Potem tylko sprawne ruchy nożem wycinały kwadraty. I jeden za drugim lądowały na głębokim oleju. Ciasto był pyszne, choć nie miało nadzienia, nawet nie było specjalnie słodkie. Niby ociekało tłuszczem, ale czuło się go tylko na palcach. W smaku ten olej gdzieś ginął. A może to smak gotowanego mleka był silniejszy? Bo do placków dawała kaszę. A kasza była na mleku. I to wszystko razem łączyło się w wyśmienicie. Zapijane czarną herbatą z konfiturą. Choć herbata była później, jako dopełnienie. Dawała ją dopiero wtedy, kiedy kończyliśmy jeść. Nie wcześniej. Raczej na deser. Najpierw polewała małe miseczki odrobiną wrzątku. Sprawnym ruchem mieszała naczyniem opłukując je, potem wszystko wylewała do specjalnego wiaderka na nieczystości. Dopiero wtedy niewielka ilość esencji dopełniana gorącą wodą, była gotowa do wypicia. Dwoma rękami majestatycznie podawała nam miseczkę mówiąc – Чай, пейте чай* – A my piliśmy. Walentynówka 19/09/2010
Nie chciałam z nim iść, ale upierał się, że wstąpimy tylko na herbatę bez żadnych zobowiązań oczywiście. Pogadamy, może się nam spodoba, a może nie. Potem będziemy mogli pójść, gdzie tylko chcemy. Nawet do konkurencji, która przecież ma drożej niż on i u której zepsuł się generator prądu. Nie lubię, kiedy ktoś ciągnie mnie za rękaw i na siłę przekonuje, żeby coś kupić właśnie u niego, żeby do jego knajpy wstąpić na obiad, albo tylko u niego nabyć pocztówki. On właśnie taki był. Nie zdążyliśmy dobrze zejść do doliny, a on już wypatrzył nas gdzieś w drodze, już wyszedł przed dom, by nas witać i zapraszać do siebie. Budynek nie sprawiał wrażenia starego. Był murowany, nieotynkowany, a po jego południowej stronie dobudowano panoramiczne okno. Szyby, kiedy przyjrzeć się bliżej, częściowo były popękane. Gdzieniegdzie brakowało ram i kitu, ale całość trzymała się razem. Z daleka wyglądało to bardzo zachęcająco. Górski piętrowy domek z oszkloną przyjemnie nagrzewającą się od słońca werandą. Przewalski - nie tylko koń 17/09/2010
W ogrodzonym parku, poza grobem mieści się muzeum, które w całości poświęcone jest jego życiu, podróżom, dokonaniom i publikacjom. Wzniesiono tu też i pomnik. Prowadzi do niego 10 stopni dla upamiętnienia 10 lat, które spędził w tym regionie. Monument waży 365 ton, które mają symbolizować 365 dni w roku, bo on w podróży był przez cały czas. Na szczycie pomnika siedzi orzeł - znak odwagi i mądrości - który w pazurach trzyma gałązkę oliwną upamiętniającą pokojowe osiągnięcia nauki. Pod nim natomiast arkusz z mapą tras wszystkich ekspedycji. W końcu prawosławny krzyż i kopia złotego medalu z jego podobizną. |






RSS Feed