Ubrany był w tradycyjny strój (czapan). Na głowie miał kołpak, czyli biało-czarną kirgiską czapkę wykonaną z filcu. Nie powiedział nic. W milczeniu usiadł na przygotowanym specjalnie dla niego krześle. Zamknął oczy i czekał. Za jego plecami krzątali się muzycy. Nie byli gotowi, by zacząć. On tymczasem trwał w swoim zamyśleniu, a kiedy w końcu zaczął, na sali zapanowała zupełna cisza. Co najmniej jakby to, co mówił, było święte. 

Manas to kirgiski epos zawierający 500 tysięcy rymowanych strof. Ci, którzy znają go na pamięć, recytują przez 4 godziny. Siedzący na scenie Doolotbek Sydykov mówił nieprzerwanie przez kilkanaście minut.  Takich jak on, czyli tych którzy recytują epos, nazywa się Manasczy (Манасчы).
Picture
 
Poczta 08/09/2010
 
Nie pozwoliła nam zakleić, ani tym bardzie opakować kartonu. Wręcz przeciwnie. Kazała wszystko wyciągnąć do sprawdzenia. Wskazując na kapcie, pytała czy to faktycznie obuwie, a na podkoszulki, czy na pewno ubrania. Dopiero, kiedy upewniła się, że widziała już całą zawartość, powiedziała, że możemy zapakować rzeczy do kartonu. Ale żebyśmy przez przypadek pudła nie zamykali. Ona sama to zrobi.

Stosunkowo małe pomieszczenie przedzielone było wysoką ladą, za ktorą leżały przedziwne sprzęty. Najpierw w oczy rzuciła się maszyna do szycia, a zaraz po niej zalegający na podłodze stos jasnej tkaniny. Nie dało się tu kupić kartonów ani papieru do pakowania. Jeśli petent chciałby wysłać paczkę, musi przyjść z własnym pudełkiem.

Początkowo zdecydowaliśmy się na tańszą przesyłkę, zdając sobie sprawę z tego, że dotrze ona do Polski dopiero po dwoch miesiącach. Zaczęliśmy się martwić dopiero wtedy, kiedy pani owinęła nasz karton szarym papierem, standardowo zaginając boki w trójkąty. Później sięgnęła jednak  najzwyklejszy sznurek.

- Czy mogłaby pani skleić - papier taśmą? - zapytał Kuba
- Nie, u nas paczki tylko wiążemy – uprzejmie odparła kładąc przed nami zawiniątko.

Wyglądało to raczej jak pakunek, ktory za chwile zostanie zaniesiony babci, a nie taki, ktory ma przetrwać dwumiesięczną podróż z Azji Środkowej do Polski. Papier odstawał w wielu miejscach. Wystarczyło pociągnąć za róg, a można było oderwać spory jego kawałek. Sznurek niby trzymał całość, jednak rozwiązanie go nie stanowiło większego problemu.

W tej sytuacji zmieniliśmy zdanie i poprosiliśmy, by przemianowano naszą paczkę na priorytetową. Mieliśmy zapłacić za nią więcej, ale za to powinna ona dotrzeć do Polski po 2 tygodniach. Pani bez słowa przecięła sznurek, dała nam cztery formularze do wypełnienia (każdy osobno, nie było bowiem kalki), po czym schyliła się na podłogę i jednym szarpnięciem urwała spory kawałek leżącej na podłodze tkaniny. Następnie bez słowa zasiadła do maszyny do szycia i zszyła boki materiału tak, że powstał worek.

Do jego środka wrzuciła naszą paczkę. Jak się okazało, karton wpasował się idealnie. Na koniec rowniutką fastrygą sprawnie zamknęła pakunek. Jeśli ktoś chciałby dostać się do środka, z pewnością nie zrobiłby tego bez widocznego uszczerbku dla przesyłki. Byliśmy zaskoczeni techniką pakowania i sprawnością, z jaką do sprawy podeszła pracująca na poczcie pani.

Myśląc, że to koniec przygotowaliśmy się do wypisywania adresow. Tymczasem paczka zamiast na ladę powędrowała na mały stolik, na ktorym stał umazany brązową mazią słoik. Kobieta wzięła do ręki stary noż, zamieszała nim w pojemniku, po czym szybkimi ruchami nałożyła maź na zafastrygowane miejsca. Następnie przyłożyła pieczęć pocztową i kazała czekać, aż lak zupełnie wyschnie.
Picture
Byliśmy pełni podziwu i zszokowani jednocześnie. Metoda pakowania była bliższa dziewiętnastowiecznym urzędom pocztowym, niż paczkom wysyłanym gdziekolwiek indziej na świecie w roku 2010. Ręcznie wykonywane pieczęcie z laku już dawno wyparła zwykła taśma klejąca i pieczątki.  Jedynym elementem świadczącym o tym, że przesyłka jest z XXI wieku, była nalepka z numerem przewozowym paczki i kodem paskowym.

Bon voyage!
 
Osz Bazar 07/09/2010
 
Picture
Jak na patelni – opiekamy się ze wszystkich stron. Niewiele dają porozstawiane gdzieniegdzie parasole. Do tego nie mamy czapek ani chustek na głowach, więc tym bardziej odczuwamy silne słońce. Dziś w samo południe wybraliśmy się na bazar. Ten największy w mieście – bazar Osz. Przyjechaliśmy tu, by zaspokoić potrzeby najwyższej wagi.

Po pierwsze zjeść.

Ruszyliśmy w poszukiwaniu budek i straganów. Dużo tego. Jest w czym wybierać. Szaszłyki, kebaby, owoce i wszystko to, czego nie znamy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na samsy (cамсы)  – z nadzieniem z kurczaka (lub baraniny) i na smażone na głębokim oleju ciasto (пирожки) nadziewane mięsem (Kuba) i ziemniakami (Asia). Za te z mięsem zapłaciliśmy po 15 som, a wegetariańskie po 10. Stojąc tak pośrodku bazarowego zgiełku, między jednym kęsem a drugim, zaczepił nas Rosjanin. Właściwie to nie wiadomo, czego chciał. Powiedział, że ma córkę w Australii i że tam dziennie zarabia się po 500 dolarów. Nie to co tu, taka bieda. Zapytał skąd jesteśmy, a kiedy powiedzieliśmy, że z Polski, ożywił się i odparł, że był pilotem i on wie, co to znaczy, jak generał naciska na dowódcę samolotu, pilot sam musi podejmować decyzje, bo to on siedzi za sterami, za poddanie się naciskom pasażerów (nieważne kim oni są), powinno grozić rozstrzelanie, on to wie, on się z tym zetknął osobiście, ma doświadczenie i zapewnia, że tak być powinno. Na koniec zapytał, czy nie chcemy kupić malin albo winogron. Dobre. Świeże.
Nie chcieliśmy.

Po drugie czapka.

Po całym dniu łażenia po mieście Kuba nie wytrzymał i zdecydował się na zakup czapki. Poszukiwania jednak szły opornie. Przedłużacze, kable i żarówki, potem tkaniny, dziecięce śpioszki, podpaski, skrzynie posagowe, plastikowe miski. I w końcu znaleźliśmy, ale... militarne, a my chcieliśmy zwyczajną bejsbolówkę, ewentualnie rybacki kapelusz. A tu jak kamień w wodę, nie uświadczysz. Ostatecznie trzeba było podejść do sprawy odpowiednio. Zakupiliśmy więc kapelusz w barwach maskujących.
Dwa stragany dalej mieli pełen wybór różnych czapek, ale to okazało się dopiero po tym, jak wydaliśmy 150 som na militarno-rybacki kapelusz.

Po trzecie kapcie.

Nie wiem, skąd we mnie zamiłowanie do kupowania kapci w dziwnych miejscach świata, ale kiedy tylko je zobaczyłam, stwierdziłam, że muszą być moje. Pierwsze podejście było jeszcze w sklepie z pamiątkami. Sklep był nad wyraz elegancki jak na tutejsze standardy i wspólnie oceniliśmy, ze zapewne ceny też ma odpowiednio wyższe. Później natknęłam się na nie w sklepie w muzeum narodowym. W prawdzie cena była niższa, ale ochoty na zakupy nie było. Odpowiedni czas i odpowiednie miejsce nadeszło– bazar! Przeróżne kształty i kolory. Na każdym stoisku inne, ładniejsze, ciekawsze. W końcu zdecydował los. Mało było bowiem takich, które pasowały na moje stopy. Ale w końcu są. Różowe, wykonane z filcu. Takie jak chciałam.
Tylko jeden mały problem z tej zachcianki powstał. Trzeba wysłać paczkę do Polski. Nie zmieszczą się one bowiem do plecaka. Aż żal pakować – takie ładne!

 
Muzeum Lenina 07/09/2010
 
Picture
W samym sercu miasta mieści się betonowy dwupiętrowy gmach. Raczej prosta bryła z reprezentacyjną klatką schodową, na której odwiedzających wita towarzysz Lenin.

- Ile kosztuje bilet? - Kuba zapytał panią w kasie – 30 som? - dodał po chwili przyglądania się wystawionemu cennikowi
- Nie, 30 to dla naszych – odpowiedziała kobieta – dla was 150 som
- 150? - zdziwiliśmy się
- A wy studenci? - zapytała pani widząc nasze szczere oburzenie wysokością ceny za bilet wstępu

Studenci-nie-studenci, ale dzięki wyrozumiałości pani kasjerki udało się nam wejść do Historycznego Muzeum Narodowego za 75 som. Jak na tutejsze warunki, cena ta i tak wydawała się nam dość wysoka. Jednak to co zobaczyliśmy w środku warte było wydania nawet tych 150.  

Całe pierwsze piętro zajmowała wystawa dotycząca historii ruchu rewolucyjnego. Rozpoczynając od Marksa i Engelsa, po obraz szczęśliwego porewolucyjnego społeczeństwa lat dwudziestych Związku Radzieckiego. Znaleźliśmy tu sporo zdjęć i dokumentów, jednak głównym elementem wystawy były  rzeźby przedstawiające poszczególne etapy rozwoju ruchu, a jego główny bohater - Włodzimierz Iljicz Lenin – uwieczniony na większości z nich. "Orężem pobiliśmy wroga, a trudem zdobędziemy chleb" – tym hasłem żegna zwiedzających wystawa poświęcona Leninowi. Jego imię wypisane w kilkunastu językach podkreśla  internacjonalność głoszonych przez niego tez. Stan techniczny samej w sobie wystawy nie jest najwyższa. Tu i ówdzie taśma klejąca podtrzymuje poszczególne elementy ekspozycji, ale wrażenia z przeniesienia się w czasie są zdecydowanie bezcenne.  

Na drugiej kondygnacji znaleźć można już zupełnie apolityczną wystawę, co po przeżyciach z piętra pierwszego jest bardzo zaskakujące i wręcz odświeżające. Pamiątki z neolitu, kamienie nagrobne z doliny Talas, monety, przedmioty z epoki brązu, instrumenty muzyczne, ubrania, ceramika, siodła, uprzęże to wszystko wystawione w starych i zakurzonych gablotach. Na podłodze wytarte wykładziny, a raczej pozostałości po tym, co kiedyś wykładzinami było. Bardzo ciekawa jest za to niewielka wystawa biało-czarnych fotografii przedstawiających życie Kirgizów w XIX wieku, czyli przed nastaniem sowieckich porządków. Jako jedne z nielicznych eksponaty te podpisane są nie tylko w dwóch językach (kirgiskim i rosyjskim), ale także w języku angielskim.

Dodatkową atrakcją w muzeum tym jest czasowa wystawa zdjęć prasowych z zajść z 7 kwietnia 2010 roku. Zamieszki z ulic Biszkeku jak i z innych większych miast Kirgistanu, a także fotografie ofiar i proponowane projekty pomnika, który ma powstać dla upamiętnienia tych wydarzeń robią duże wrażenie. Jakby nad tą 'małą wojną" przeszli już do porządku dziennego.

P.S. Dopiero później doczytaliśmy, iż to co dziś nazywa się Historycznym Muzeum Narodowym, wcześniej było po prostu Muzeum Lenina. Teraz już nie dziwi ten rozmach wystawy poświęconej towarzyszowi.

 
Michaił 06/09/2010
 
- Dokąd wy w końcu lecicie? - jakiś czas temu zapytała nas mama
- Do Biszkeku – odparliśmy i widząc jej zamyślenie Kuba dodał, że to stolica Kirgistanu.
- Nie kojarzę takiego miasta – odpowiedziała
- A Frunze coś ci mówi? – zapytaliśmy
- Frunze to tak! - przytaknęła zadowolona

Michaił Wasiljewicz Frunze (Михаи́л Васи́льевич Фру́нзе) urodził się w Biszkeku (wtedy miasto nazywało się Piszpek) w 1885 roku. Jego ojciec z pochodzenia Mołdawianin był lekarzem. Michaił kształcił się w Moskwie. Był aktywnym działaczem ruchy rewolucyjnego. Za udział w Rewolucji 1905 roku został skazany na karę śmierci, ale wyroku nie wykonano.  Zamieniono go na ciężkie roboty. Ucieczka z zesłania w 1916 roku pozwoliła mu aktywnie włączyć się w przygotowania do Rewolucji 1917 roku. Został dowódcą robotniczych sił rewolucyjnych w Moskwie.

Podczas wojny domowej w Rosji (1917-1923) jego oddziały pokonały adm. Kołczaka na Syberii i gen. Wrangla na Krymie. To on zastąpił Trockiego na stanowisku komisarza ds. wojny i wtedy też wprowadził obowiązkową służbę wojskową podczas pokoju. Po śmierci Lenina Michaił Frunze uległ kilku niewytłumaczalnym wypadkom, z których jednak wyszedł cało.

W 1925 roku poddał się operacji żołądka. Do żony pisał wcześniej, że czuje się świetnie, ale jak sam twierdził, partyjni towarzysze przekonywali go, iż jest ona niezbędna. Operacji nie przeżył, a jako oficjalną przyczynę śmierci podano zatrucie chloroformem. Mówi się, iż padł ofiarą obsesyjnej walki o sukcesję po Leninie, którą prowadził Józef Stalin. Wersję tę uwiarygadnia również fakt, iż w 1934 roku wszyscy czterej lekarze, którzy przeprowadzali operację zmarli.

W rok po jego śmierci (1926) miasto, w którym się urodził przemianowano z Piszpek na Frunze. Nazwa ta funkcjonowała do 1991 roku, kiedy to Kirgistan ogłosił niepodległość.

W Biszkeku ciągle żywo obecna jest postać Michaiła – bohatera, przywódcy, ale też i ofiary. Poza ulicą jego imienia, jest też pomnik.
Picture
Muzeum, które w całości poświęcone jest jego osobie. To duży dwupiętrowy gmach będący betonową bryłą z fasadą udekorowaną socrealistyczną płaskorzeźbą. Na parterze wewnątrz muzeum mieści się dom, w którym podobno Michaił miał się urodzić. Jest jednak wielce prawdopodobne, że to tylko typ zabudowania, w jakim mieszkał, a nie ten, w którym faktycznie żył. Nie da się tego jednak zweryfikować. Dużo tu bowiem niedomówień i niedopowiedzeń.

Pierwsze i drugie piętro zajmuje ekspozycja zakurzonych dokumentów, zdjęć i eksponatów dotyczących życia i pracy Frunze. Bohater w roli żołnierza, ale też ojca i przyjaciela. Na jednym z obrazów przedstawiony wraz z Leninem - patrzą z nadzieją na mapę Eurazji, a promienie wschodzącego słońca oświetlają ich twarze.

Zdaje się, że w muzeum nic się nie zmieniło od chwili jego otwarcia.
Picture
Niszczejące eksponaty pokryte są grubą warstwą kurzu. Nie ma tu nowoczesnych zabezpieczeń ani odpowiedniej temperatury do przechowywania muzealnych zbiorów. Kiedy do budynku wchodzą zainteresowani obejrzeniem wystawy, pani szatniarka zwyczajnie wchodzi wraz z turystami na piętro, zdejmuje ciężką kłódkę z drzwi i pozwala wejść do środka.  Bilet wstępu kosztuje zaledwie 50 som, a wrażenia jak z podróży w czasie. Sama wystawa jest dość interesująca, choć dla tych którzy nie mówią po rosyjsku, niestety w większości niezrozumiała.
 
 
Nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest tu betonowe – betonowy świat skwerów, placów, socrealistycznych pomników i budynków użyteczności publicznej, ogrodzeń i ciągnących się przez całe miasto systemów irygacyjnych. Mówi się, że Biszkek to miejsce nad wyraz zielone. Faktycznie stosunkowo dużo tu parków. Podobno na jednego mieszkańca stolicy przypada najwięcej drzew w całej Azji Środkowej, ale jakoś mi to ginie w tym upale żarzącym się od betonowych ścian. Wrażenie to potęgują w większości nieczynne fontanny. Puste zbiorniki sprawiają, że jeszcze bardziej uderza mnie to wysuszone powietrze, ten falujący po całym mieście, dokuczający i oblepiający kurz.

Ruch uliczny nie sprawia wrażenia chaotycznego. Nie ma tu wprawdzie wyznaczonych pasów i raczej mało przejść dla pieszych, ale jest za to nowa nawierzchnia. Aż miło popatrzeć jeśli porównuje się ją do standardów polskich. Strach jednak iść chodnikiem. Nieremontowane od lat, pozbawione nawierzchni z odkrytymi studzienkami, dziurawe, kamieniste.
Picture
Nietrudno tu o złamaną nogę czy zwichniętą kostkę, dlatego z obawą szczególnie w nocy maszeruję poboczem. Szachownicowy układ ulic, tak charakterystyczny dla miast sowieckich, sprawia iż poruszanie się po stolicy jest nad wyraz proste. Nie ma zakamarków i ślepych uliczek, ale może przez to miasto traci co nieco z urokliwości?

Jak w każdym nowym i nieznanym miejscu wszystko jest interesujące i ciekawe, jak panie sprzedające na ulicach Szoro (kwaśny, gęsty napój ze zboża).
Picture
Jest też niezliczona ilość marszrutek (busów), które zastępują słabo rozwinięty tu transport miejski, dworzec kolejowy, który obsługuje praktycznie tylko połączenia z Moskwą i Taszkientem (przez Ałma Atę) i nieliczne połączenia lokalne. Dziennie odchodzi stąd dosłownie kilka pociągów.

Zadziwiająca z punktu widzenia turysty jest szczerość i uczciwość ludzi, z którymi już się spotkaliśmy. Nikt nie próbuje nas oszukać ani nawet na 1 som. Rachunki w restauracjach rozpisane, uczcicwie wpisane, że pobiera się 10 czy 12% za serwis. Kierowcy autobusów i prywatnych busów uczciwie choć bez rachunków podają cenę za przejazd. Nieznana kobieta pomaga mi, kiedy wchodząc do marszrutki zakupy wysypują mi się na podłogę. Przez całą drogę trzyma mojego arbuza, a kiedy wysiada wcześniej ode mnie, pomaga mi się usadowić na siedzeniu.

Spacerując i obserwując ludzi ma się wrażenie, że miasto przeżywa rozkwit. Młodość wychodzi zewsząd. Na ulicach widać pęd do nowoczesności. Wprawdzie stare modele, ale w większości to Mercedesy, BMW, Audi, Toyoty, czy Mazdy, są też Wołgi, Łady, Ziły i Uazy. Babuszki w chustach na głowach, a zaraz obok nich telefony komórkowe i odtwarzacze mp3, kolorowe plecaki i ładne mundurki dzieci spieszących się do szkół.

Miasto jest młode. Dosłownie. Nie sprawia wrażenia przeludnionego, ale zdecydowanie jest zamieszkałe przez młodych różnych ras i kultur. Od słowiańskich blondynek, po kruczoczarne rysy Dalekiego Wschodu. Wszystko się tu miesza znajdując dla siebie miejsce.

Kiedy tylko zatrzymamy się na chwilę, przysiądziemy na starym murku okaże się, że z piedestału wysokiego postumentu palcem pogrozi nam sam Lenin.
Picture
Marks i Engels zasiedzieli się na ławce i z zatroskaniem o czymś debatują, a Michaił Frunze, siedząc dostojnie na swym koniu, bohatersko pokona wroga.

Biszkek nie jest fascynujący, nie powala na kolana i nie pozwala się w sobie zakochać od pierwszego wejrzenia. Mimo to intryguje. Zestawienie starego z nowym, historii z przyszłością widoczne jest tu bardziej niż gdziekolwiek indziej. To mieszanka kultur, ras, obyczajów i narzuconych wartości zamknięta w betonowych murach miasta.
 
Marszrutka 04/09/2010
 
- Gdzie chcecie jechać? - zapytał przysiadając się do nas bez pytania – do centrum?
- Do centrum – odpowiedział Kuba
- 400 som* – zaproponował

Potem zaoferował jeszcze 350, 300, 250, aż doszedł do 150. Była 7:30 a my siedzieliśmy w poczekalni na lotnisku Manas w Biszkeku. Czekaliśmy na marszrutkę, którą chcieliśmy się dostać do centrum miasta. Pierwszy bus, ten o 7:00, pojechał bez nas i musieliśmy poczekać na przyjazd kolejnego. Czekaliśmy trochę w ciemno, gdyż na lotnisku nie było informacji turystycznej, a panie w barze i w kantorze udzielały sprzecznych informacji. Do tego wskazówki z przewodnika też nijak się miały do rzeczywistości.

- 150 – nalegał taksówkarz
- Nie – upierał się Kuba – czekamy na marszrutkę
- Na marszrutkę? - zdziwił się taksówkarz – przecież ona kosztuje 50 som od osoby, plus musicie dodatkowo zapłacić za bagaże. Wyjdzie na to samo. A ja was zawiozę pod drzwi hostelu.

Uparliśmy się, by jechać busem dla zasady, dla poznania tego najbardziej popularnego w Kirgistanie środka transportu, po to by zbytnio nie ułatwiać sobie życia.
Taksówkarz w końcu odpuścił. Marszrutka kosztowała 30som od osoby, a bagaże pojechały za darmo.

* 100 som = ok. 6,5 zł