Pani jurty 26/09/2010
 
Picture
Kiedy tylko kończyła wyrabiać ciasto, olej zaczynał skwierczeć, jakby już przeczuwał, że teraz będzie jego kolej. Wlewała go dużo, tak żeby potem całe kawałki dobrze się zamoczyły. Miała długi drewniany wałek. Nie, nie taki jak nasze. Cienki i dwa, może nawet trzy razy dłuższy. Dzięki temu wałkowała wszystko jednocześnie zajmując połowę stołu. Potem tylko sprawne ruchy nożem wycinały kwadraty. I jeden za drugim lądowały na głębokim oleju.

Ciasto był pyszne, choć nie miało nadzienia, nawet nie było specjalnie słodkie. Niby ociekało tłuszczem, ale czuło się go tylko na palcach. W smaku ten olej gdzieś ginął. A może to smak gotowanego mleka był silniejszy? Bo do placków dawała kaszę. A kasza była na mleku. I to wszystko razem łączyło się w wyśmienicie. Zapijane czarną herbatą z konfiturą.

Choć herbata była później, jako dopełnienie. Dawała ją dopiero wtedy, kiedy kończyliśmy jeść. Nie wcześniej. Raczej na deser. Najpierw polewała małe miseczki odrobiną wrzątku. Sprawnym ruchem mieszała naczyniem opłukując je, potem wszystko wylewała do specjalnego wiaderka na nieczystości. Dopiero wtedy niewielka ilość esencji dopełniana gorącą wodą, była gotowa do wypicia. Dwoma rękami majestatycznie podawała nam miseczkę mówiąc – Чай, пейте чай* – A my piliśmy.

 
Walentynówka 19/09/2010
 
Nie chciałam z nim iść, ale upierał się, że wstąpimy tylko na herbatę bez żadnych zobowiązań oczywiście. Pogadamy, może się nam spodoba, a może nie. Potem będziemy mogli pójść, gdzie tylko chcemy. Nawet do konkurencji, która przecież ma drożej niż on i u której zepsuł się generator prądu.

Nie lubię, kiedy ktoś ciągnie mnie za rękaw i na siłę przekonuje, żeby coś kupić właśnie u niego, żeby do jego knajpy wstąpić na obiad, albo tylko u niego nabyć pocztówki. On właśnie taki był. Nie zdążyliśmy dobrze zejść do doliny, a on już wypatrzył nas gdzieś w drodze, już wyszedł przed dom, by nas witać i zapraszać do siebie.

Budynek nie sprawiał wrażenia starego. Był murowany, nieotynkowany, a po jego południowej stronie dobudowano panoramiczne okno. Szyby, kiedy przyjrzeć się bliżej, częściowo były popękane. Gdzieniegdzie brakowało ram i kitu, ale całość trzymała się razem. Z daleka wyglądało to bardzo zachęcająco. Górski piętrowy domek z oszkloną przyjemnie nagrzewającą się od słońca werandą.
Picture
 
 
Są tacy, którzy twierdzą, że w Kirgistanie nie ma nic ciekawego. Niby leżący na trasie Jedwabnego Szlaku, ale nie mogący pochwalić się niczym szczególnym. Są i tacy, dla których jest to kraj marzeń. Góry okalają go ze wszystkich niemal stron. Niekończące się możliwości wędrówek i wspinaczek.

Dla takich jak ja, Kirgistan zdaje się być mieszanką upadających po sowieckich miast, zbieraniną ludzi od Europy po daleką Azję, symbolem uciemiężenia sprzed lat i wolności, jakiej dziś zaznać można w tutejszych górach. Nie trzeba zbędnych pozwoleń, można rozbić namiot, gdzie tylko się chce, można pójść w dowolnie obranym przez siebie kierunku bez obaw bycia nękanym przez milicję czy inne służby, pod warunkiem oczywiście, że nie zbliżamy się do granicy z Chinami. Tam już bowiem panują zasady Państwa Środka – zezwolenia, obostrzenia, zakazy. Dopóki jednak jesteśmy w bezpiecznej odległości, wolno nam prawie wszystko.

Na pierwszą górską wycieczkę wybraliśmy się do doliny Kegeti Górach Kirgiskich (Ałatau Kirgiski - pasmo w Tienszanie). Za cel obraliśmy sobie położone na ok. 2700 m n.p.m. polodowcowe Köl Tor czyli Martwe Jezioro. Mimo że Kyrgyz Trekking Union ma tu swoją bazę noclegową (nowe schronisko Kegeti Tur), to nie jest to sztandarowa atrakcja turystyczna regionu. Dlatego też dojazd z Biszkeku (75 km) nie był ani łatwy ani oczywisty. Marszrutką udało się nam dojechać do miasta Tokmok, a później trzeba już było polegać tylko na taksówkach.
Picture