Karakoł 14/09/2010
Wiało, lało i było przeraźliwie zimno. Wydawało się, że nadciągające chmury przyniosą jesień już na dobre. Błąkaliśmy się od knajpy do kafejki internetowej, od sklepu spożywczego do pozamykanych kawiarni. Do tego była niedziela, nieczynne muzeum i kino (to niedziałające już od dobrych paru lat). Na ulicach panowała przeraźliwa cisza. Nie tak wyobrażałam sobie niedzielne popołudnie w 70 tysięcznym mieście. A tu obrazy raczej jak z "Przystanku Alaska". Trzy ulice na krzyż przez które pędzi nieprzyjemny jesienny wiatr. Do tego niska i stara zabudowa pomniejszała dodatkowo to miasto w moich oczach. Raz na jakiś czas główną ulicą przejechała stara Łada, albo wiekowe Audi. Na poboczu stał zdezelowany autobus PAZ-672 (ПАЗ-672). I tyle. Zdawało się, że utknęliśmy w miejscu, w którym nie dzieje się nic. W połowie XIX wieku w pobliskim Ak-Suu stacjonował rosyjski garnizon. To wojskowi odkryli ten teren położony u stóp jeziora i gór obfitujących w gorące źródła. Nakazano więc założenie miasta (1 lipca 1869 roku), które przetrwało do dziś. Na przestrzeni lat napływ ludności (Dunganów, Tatarów, Ujgurów, Ukraińców i Rosjan) spowodował rozkwit Karakołu. Już z początkiem XX wieku działały tu trzy browary, siedem fabryk mydła, dwanaście młynów. Funkcjonowały dwa kościoły, dziewięć meczetów i siedem szkół. Wtedy też liczba domostw sięgała 1000. Tego pierwszego popołudnia, kiedy tu dotarliśmy, wydawało się, że od XIX wieku niewiele się zmieniło. Małe domki równiutko ustawione wzdłuż niebrukowanych ulic, z niebieskimi okiennicami, z furtkami ledwo się trzymającymi. Ich mieszkańcy schowali się przed zimnem i deszczem, ale jakby też przed nami nie witając nas przyjaźnie. Weszliśmy do drewnianej dużej cerkwi – będącego siedzibą dekanatu issykkulskiego (Иссык-Кульское благочиние) - Soboru Św. Trójcy (Собор св. Троицы). Świątynia zbudowana została w 1895 roku dla osiedlającej się tutaj społeczności rosyjskiej. Ktoś mył podłogę, ktoś inny porządkował leżące w kącie rzeczy. Dzisiejszy budynek nie jest tym oryginalnym. Najpierw za miejsce modlitwy służyła kirgiska jurta, później zbudowano cerkiew, ale zniszczyło ją trzęsienie ziemi (1890) . Budynek do którego weszliśmy, stoi na starym fundamencie. Jest praktycznie w całości wykonany z drewna. W latach 30-tych świątynia była przeznaczona do innych celów. Sowieci urządzili w niej taneczny klub. Przywrócenie jej pierwotnej funkcji nastąpiło dopiero z początkiem lat 60-tych, a solidnej rekonstrukcji dokonano w 1991 i 1997 roku. Została ona poświęcona przez Patriarchę Moskwy i Wszechrusi Aleksego II, czym szczyci się tutejsza społeczność. Nasze zwiedzanie nie trwało zbyt długo. Nie pozostało nic innego, jak zaszyć się pod kocem w starym, dość mocno nadszarpniętym mijającym czasem, ale za to czystym, hotelu. Następnego ranka zaznaliśmy ogromnej przemiany. Obudziło nas cudowne słońce. 25 stopni w cieniu i miasto zupełnie inne niż to wczorajsze. Kolorowe pomimo swego zakurzenia, barwne i gwarne. W jego centralnym miejscu dom towarowy z lat 80-tych, a wokół niego restauracje i knajpy. Małe sklepy i oczywiście serce miasta, czyli bazar. Dalej zarośnięte parki i stojący na placu przy uniwersytecie pomnik Lenina. Tak jak i całe miasto, tak i sama cerkiew w słońcu robiła zupełnie inne wrażenie. Okala ją mały, ale zadbany park. Jej pięć zielonych namiotowych. widocznych już z oddali wieńczą złote kopuły. W cieniu starej świątyni stoją ławeczki z przesiadującymi na nich babuszkami. Panuje podniosła atmosfera świętego miejsca. Podobnie jest zresztą przy mieszczącym się po przeciwnej stronie miasta meczecie zbudowanym przez osiadłych tu w drugiej połowie XIX wieku Chińczyków. Postawiony w latach 1907-10 bez użycia gwoździ swoim kształtem przypomina bardziej świątynię buddyjską niż islamską. To dlatego, że Dunganie (nazwani tak przez Rosjan Chińczycy Hui przybyli do Karakołu po przegranej rewolucji, uciekając przed prześladowaniem chińskim), pierwotnie byli Buddystami, którzy przeszli na Islam. Tak jak i w przypadku cerkwi, tak i tu Sowieci zamknęli meczet dla wiernych w latach 30-tych XX wieku. Zezwolili jednak na korzystanie z niego już w 1943 roku. Dziś budynek wymaga gruntownego remontu. Ma się wrażenie, że niebieski minaret niebezpiecznie przechyla się ku ziemi. Kolorowa farba fasady odchodzi. Z tyłu ułożono małe rusztowanie, więc zdaje się, że prace remontowe powoli się zaczynają. Dziś świątynia służy zarówno Dunganom jak i Kirgizom, którzy nauczyli się żyć obok siebie. Po tygodniu i po mieszkaniu w trzech różnych miejscach, udało się nam zbudować już nasz mały karakolski świat. Mamy zaprzyjaźnioną kafejkę internetową, jest zaznajomiona już z nami kirgiska restauracja a nawet pizzeria. Do tego supermarket Karawan, w którym każdego dnia robimy zakupy i świetnie działająca informacja turystyczna, której pracownicy podpowiadają, co jeszcze w okolicy należy zwiedzić i zobaczyć. Niby miasto to niczym specjalnym się nie wyróżnia. Równie dobrze mogłoby leżeć gdzieś na dalekiej Syberii. Panuje tu jednak przemiła atmosfera łącząca w sobie uniwersytecki Karakol z tym bazarowym gwarem małej XIX wiecznej mieściny. To taki zapomniany przez wszystkich koniec świata, ukazujący przed przyjezdnymi swoje niezliczone oblicza. Comments Your comment will be posted after it is approved. Leave a Reply |





RSS Feed