Poranki mijały nam raczej spokojnie. Zazwyczaj budziliśmy się w rytm piosenek i pieśni wydobywających się z głośników zamontowanych na boisku szkoły podstawowej nr 3, na którą wychodziły okna naszego pokoju. Codziennie o 7:15 mieszały się te dziwne dźwięki z krzykiem uczniów spieszących się na zajęcia. W poniedziałki było bardziej uroczyście, bo wtedy dodatkowo mieliśmy okazję wysłuchać hymnu Chińskiej Republiki Ludowej. A z nami słuchała go stojąca na baczność cała szkoła.
Picture
Później, bez względu na dzień tygodnia, następowały dłuższe okresy spokoju przerywane dzwonkiem. Szczęśliwie dzwonkiem dość przyjaznym, raczej cichym i niedrażniącym.

Mieliśmy być dosłownie dwa dni, a wyszło jak zawsze. Hostele wciągają. Wciągają ich wygodne kanapy, międzynarodowe towarzystwo, dostępne książki i bezprzewodowy internet. Wciąga bezproblemowość, otwartość pracujących tu ludzi, luźna atmosfera. Weszliśmy w poniedziałek, a wyszliśmy we wtorek, dokładnie po piętnastu dniach.
 
 
...w hotelu...
- Czy są wolne pokoje? - zapytałam, kiedy weszliśmy do środka
- Tak – uprzejmie odpowiedziała recepcjonistka
Chwilę później razem z plecakami załadowaliśmy się do windy, pojechaliśmy na trzecie piętro i przeszliśmy ciemnym korytarzem. Nie było źle. Podjęliśmy więc decyzję, żeby zostać. Chcieliśmy jednak inne lokum, takie w którym nie śmierdziałoby papierosami, więc znowu z plecakami zjechaliśmy na parter.

Recepcjonistka wyciągnęła plik dokumentów, które trzeba było wypełnić, by zameldować nas w hotelu. Po chwili poprosiła o dowody. Zupełnie zignorowałam fakt, że chciała, byśmy dali jej dowody osobiste i zwyczajnie wręczyliśmy paszporty. Ona tymczasem zaczęła przeglądać je z nieukrywanym zdziwieniem i jeszcze raz doprecyzowała, żeby dać jej chińskie dowody osobiste. Kiedy oświadczyliśmy, że nie jesteśmy z Chin i mamy tylko paszporty, ona zaskoczona oświadczyła:
- Ale jak to? Przecież u nas nie przyjmujemy obcokrajowców!
 
Groby Chanów 03/11/2010
 
Zatrzymaliśmy się w Jarkendzie na kilka dni. Głównie po to, by odpocząć pośród tutejszych małych uliczek. Stare miasto miało w sobie to coś, co sprawiało, że czuło się, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Może przez to, że nie było tu żadnych turystów i chińska policja nie zapuszczała się w tę część, może również i dlatego, że sami mieszkańcy starego Jarkendu zupełnie nie zwracali na nas uwagi.

Spacerowaliśmy między straganami, warsztatami i punktami usług. Zagubiliśmy się na bazarze, gdzie w końcu wstąpiliśmy do prowadzonej przez trzy kobiety garkuchni. Jedna z nich wyrabiała ciasto. Długie na metr kawałki rozrabiała w powietrzu, dzieliła na mniejsze i rozciągała tworząc pojedyncze nitki. Inna doprawiała gotujący się gęsty sos. Kiedy podniosła pokrywę kotła, zapachniało świeżymi pomidorami. Między nimi biegała gromada umorusanych dzieci. Zaczepiały siedzących przy stole i czekających na swój posiłek mężczyzn. Kobiety niewątpliwie zdziwione naszą niespodziewaną wizytą, pozwoliły nam usiąść i podały miski pełne pysznego makaronu (ujgurski lagman).
Picture
 
 
Siedziałam na kamiennych wejściowych schodach. Za moimi plecami wznosiła się olbrzymia wybudowana z jaśniutkiej cegły, wejściowa brama. Sprawiała wrażenie niewzruszonej. Jakby nic nie zmieniło się tu od stuleci. Dostępu do wnętrza chroniły otwarte o tej porze wielkie, udekorowane błękitnymi kwiatami, drewniane drzwi. Za nimi mienił się wyłożony kolorowymi kafelkami niewielki przedsionek.
Picture
Byliśmy w mieście Kargilik położonym 250km na południowy-wschód od Kaszgaru. Wybraliśmy tę stronę pustyni Taklamakan, ponieważ jest mniej uczęszczana. Jednak z tego samego powodu tutejsze miasta mają słabo rozwiniętą bazę turystyczną. Jedyną dostępną formą transportu są autobusy, a o angielskim niewielu tu słyszało. Pomimo tego zdecydowanie warto się trochę pomęczyć, choćby po to, by dość niespodziewanie znaleźć się w cieniu XV-wiecznej Jama Masjid.
 
 
Jeśli jedziesz do Jengisaru to tylko po to, by kupić nóż – jest to zasada, którą zna każdy, kto kiedykolwiek słyszał o tym mieście.

Nie ma tam żadnych większych zabytków, nie ma ciekawych miejsc, ani nawet dużego bazaru. Wzdłuż ulic ciągną się za to sklepiki z nożami. Od maleńkich scyzoryków po wielkie i długie ostrza. Niby nic ciekawego, a jednak to dziwne, jak stragany oferujące tylko ten jeden produkt mogą wciągnąć. Kolorowe, wykładane kamieniami, rzeźbione albo całe gładkie. Ostrzenie odbywa się na miejscu i wliczone jest w cenę zakupu. Nawet nie próbujemy się powstrzymać i zwyczajnie nabywamy kilka egzemplarzy, dopiero później dowiadując się, że nie można będzie ich nadać w bagażu głównym...
Picture
 
 
Powoli robiło mi się coraz cieplej i cieplej. Fale gorąca uderzały mnie od wewnątrz sprawiając, że zaczynało mi się trochę kręcić w głowie. Bardzo szybko pojawiły się ciemne mroczki przed oczami i mrowienie w dłoniach, które dla odmiany stały się lodowate. Siedziałam na kozetce i tylko to chroniło mnie przed niekontrolowanym osunięciem się na podłogę. Nie wiem, co wtedy czuł Kuba, ale wiem, że miał gorzej ode mnie.

Siedział na dużym czarnym fotelu. Jego głowa opierała się o zagłówek. Kazali mu wysoko podnieść czubek nosa. Tak, jakby chciał nim dotknąć sufitu. Przez jedną z dziurek wprowadzili długą sondę. Powolutku ruch za ruchem przepychając ją aż do gardła. Po policzku ciekły mu łzy, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Wszyscy, łącznie ze mną, wpatrzeni byli w ekran monitora, na którym pokazywały się zakamarki jego gardła. Czerwone, spuchnięte i pokryte chorobowym śluzem. Wszyscy ze zrozumieniem kiwali głowami, przytakiwali słowom wypowiadanym przez lekarkę. Kuba raczej spokojnie czekał na koniec badania, a ja widziałam i czułam coraz mniej.
 
 
Bilet do grot Kizil kosztuje 55 juanów. Ale tylko do wschodnich. Te zachodnie, to kolejny bilet za kolejne 55. Po co my w ogóle chcemy zobaczyć te drugie? Przecież tam jest to samo, co w pierwszych. No i tamte są daleko, nie ma sensu do nich iść. Ale skoro tak bardzo chcemy... choć one nie rozumieją, po co się tak upieramy, przecież wszyscy idą tylko do wschodnich i są zadowoleni.

Po takim wstępie nie wytrzymuję i unoszę głos kategorycznie żądając biletów do obu części. Pracująca przed komputerem dziewczyna i jej koleżanka również patrzą na mnie z nieukrywanym zdziwieniem, po czym wyciągają z szuflady bloczek z biletami i odrywając cztery z nich informują, że należy się 320 juanów.

Jak z 4 biletów po 55 robi się 320? - dziwimy się szczerze. Okazuje się, że 100 juanów różnicy, to za przewodnika. Ale my nie chcemy z nim iść, chcemy sami. Nie da się jednak zwiedzać na własną rękę. Prosimy więc o osobę z językiem angielskim. Skoro już zmuszeni jesteśmy, by mieć towarzystwo, możemy tym samym czegoś się dowiedzieć. Niestety wszyscy mówiący po angielsku akurat dziś mają wolne. Pójdzie więc z nami dziewczyna, która włada tylko chińskim.
 
Skalne ucho 16/10/2010
 
Czy wielką, być może największą tego typu, formację skalną można odkryć, po czym zapomnieć o niej na ponad pięćdziesiąt lat? Wystarczy, że wciśnięta pomiędzy najwyższe góry i najbardziej niedostępną pustynię zostanie dodatkowo wzięta w szpony wielkiej polityki.
 
Dzień targowy 14/10/2010
 
Dobra krowa może kosztować nawet 8500 juanów. Koń 5000, a jak 3000. Jeśli ktoś wolałby wielbłąda, to musi zapłacić około 7000. Owca to wydatek rzędu 1000 juanów, a osioł 2000. Koza kosztuje natomiast 500*. Ktoś chętny?
Picture
Siedzieliśmy w kaszgarskim miejskim autobusie nr 18 zupełnie nie wiedząc, gdzie wysiąść. Jak się jednak okazało trzeba po prostu podążać za tłumem. Wszyscy bowiem w niedzielne przedpołudnie jechali w to samo miejsce - na bazar.
 
Kierunek Kaszgar 12/10/2010
 
- Jechałem po jakichś wioskach w Indiach, już nawet nie pamiętam, gdzie dokładnie – zaczął swoją opowieść Jong Wook – Było ciepło i wsiadłem na motor bez koszulki. Nie wiem, jak to się stało, ale straciłem panowanie nad maszyną i wylądowałem na asfalcie. Nie docierało do mnie, co się dokładnie stało, ale wiedziałem, że nie mam sutków, że zdarłem sobie oba na tej cholernej drodze – mówiąc to spuścił głowę w zadumie, jakby przeżywając to traumatyczne wydarzenie po raz kolejny, a towarzysząca mu Gwi Deuk terapeutycznie poklepała go po plecach -  Nic mnie wtedy nie obchodziło, jak tylko to żeby te sutki znaleźć - dodał

Poznaliśmy ich jeszcze w Biszkeku w hostelu Sakura – tym w którym zatrzymywali się wszyscy obcokrajowcy, ale wtedy nie było nam z nimi po drodze. Jak się jednak miało okazać, dostaliśmy drugą szansę, by lepiej się poznać.

Opuszczając kirgiski posterunek graniczny zobaczyliśmy dwójkę zabłąkanych motocyklistów. Zabłąkanych, gdyż na granicy obowiązują dość sztywne zasady – żadnego ruchu pieszych, a dla obcokrajowców jedynie transport wcześniej zaaranżowany. A oni stali w śniegu pomiędzy rzędem ciężarówek gotowych do wjazdu na teren ziemi niczyjej, a budynkiem kirgiskich celników. Nieopodal tego wszystkiego my przeciskaliśmy się naszym Audi. Przez uchylone okno zdołaliśmy dowiedzieć się, że umówiony z Kaszgaru transport nie przyjechał ich odebrać, więc spróbują się zabrać na pakę do któregoś tira.
Picture